Czekałam na szpitalnym korytarzu. Nadszedł czas mojej kolejnej comiesięcznej wizyty. Nie przepadałam za tymi wizytami, ale zdążyłam już się przyzwyczaić. Nawet do lekarza zwracałam się po imieniu. Tym razem jednak nie było ze mną Louisa. Miał trasę z chłopakami. Pocieszał mnie fakt, że zapewne świetnie się bawił. Spojrzałam po raz setny na zegarek i zaczęłam się niecierpliwić. Obok mnie usiadła mała dziewczynka. Na oko miała może z siedem lat. Była piękna. Burza blond kręconych loków poruszała się z każdym jej ruchem. W pewnej chwili spojrzała na mnie.
- Czemu tu siedzisz? - spytała beztrosko.
- Jestem chora - powiedziałam spokojnie - Przyszłam porozmawiać z lekarzem.
- O to tak jak ja - wdrapała się na moje kolana - Mam białaczkę - uśmiechnęła się. Była taka radosna i młoda..
- O widzisz to tak jak ja - uśmiechnęłam się do niej.
- O jej. To będziemy się tu często widywać - przytuliła mnie - Już cię lubię.
- Oby jak najczęściej słoneczko - pocałowałam jej główkę.
- Panna Black? - usłyszałyśmy głos pielęgniarki obok i obie spojrzałyśmy na kobietę.
- Tak?
- Może pani wejść - dodała i zniknęła w pomieszczeniu.
- To ja lecę, trzymaj kciuki - zwróciłam się do dziewczynki i weszłam do gabinetu.
W pomieszczeniu było jasno i panował niesamowity porządek. Na środku stało wielkie biurko, a za nim siedział doktor.
- Dzień dobry - przywitałam się.
- Witaj Jus, usiądź proszę - wskazał krzesło obok biurka, a ja spełniłam jego prośbę - Jak się trzymasz? - spytał.
- Nie najgorzej, ale przejdźmy może do konkretów.
- Oczywiście - odnalazł jakieś papiery na biurku - Twój układ odpornościowy słabnie. Rak objął już wszystkie narządy - powiedział zasmucony.
- Ile mi zostało? - starałam się powstrzymać łzy, ale lekarz się wahał.
- Nie chcę się bawić w zgadywanie, Jus.
- Spokojnie, nie pozwę cię jeśli się pomylisz - dodałam.
- Och Jus - uśmiechnął się - Dwa, może trzy miesiące - wydusił to z siebie, a ja zamarłam.
Wstałam z fotela i opuściłam salę. Z moich oczu popłynęły łzy. Niby byłam gotowa na śmierć, ale nie myślałam, ze nadejdzie tak szybko. Po chwili podeszła do mnie mała blondynka.
- Czemu płaczesz? - zaczęła wycierać moje łzy.
- Umieram - szepnęłam.
- Jak wszyscy - złapała moją rękę - Zamiast płakać idź ciesz się życiem. Spójrz na mnie. Zostały mi dwa miesiące, a ja skaczę z radości. Mamusia mówi, że śmierć będzie przyjemna i poczuję ulgę. U ciebie też tak będzie - dodała, a ja mocno przytuliłam jej ciało. Była taka mądra.
- Dziękuje ci - pocałowałam jej główkę - Trzymaj się. Ja już pójdę do domu.
- Pa pa! - machała do mnie rączkami, gdy odchodziłam do drzwi. Kierując się do wyjścia, minęłam znajomą mi pielęgniarkę. Pomagała zawsze przy moich badaniach.
- Clear - przytuliłam ją mocno.
- Justine - odwzajemniła mój gest - Widziałam wyniki. Jak się trzymasz skarbie? - usiadłyśmy na szpitalnych krzesłach.
- Nijak - posmutniałam - Clear, powiedz mi jak to będzie wyglądać?
Ona wzięła głęboki wdech.
- Och słońce... Jak ci to powiedzieć... - zastanowiła się krótko - Niedługo nie będziesz chciała jeść. Będziesz wiecznie spragniona. Czasem pojawi się wysoka gorączka. Coraz częściej będzie ci się chciało spać. Nie będziesz miała prawie w ogóle energii.
- Czy to będzie boleć? - dopytałam.
- Nie - uśmiechnęła się - Damy ci zapas morfiny. Ale wiesz co, będziesz miała piękne sny. Zobaczysz w nich dokładnie to co będziesz chciała widzieć. Zaczniesz mylić rzeczywistość z tymi snami, bo będą takie realne.
- Myślisz, że będę się bać?
- Myślę, że miałaś najgorsze szczęście na świecie. To będzie spokojna śmierć. Bliscy będą przy tobie do końca. Ja pewnie i tak bym się bała - uśmiechnęła się lekko - Ale jak poradzisz sobie z dniami, które ci pozostały tak jak należy, to wszytko będzie tak jak powinno.
- Nienawidzę, kiedy mówisz 'dni' - spojrzałam w jej oczy, a ona się zawahała.
- Aż w końcu, Jus, odpłyniesz - dokończyła.
Spuściłam swój wzrok na stopy.
- Dziękuje ci Clear - przytuliłam ją mocno.
- Trzymaj się, Jus. Cieszę się, że cię poznałam - odwzajemniła mój gest i wstała. Odprowadziłam ją wzrokiem i wyszłam ze szpitala.
Do domu wróciłam na piechotę. Nie miałam ochoty teraz nikogo oglądać i z nikim rozmawiać. Nie byłam załamana. Od czasu wyjazdu do Ameryki przywykłam do świadomości, że umrę. Mimo to cholernie się bałam. Kompletnie nie wiedziałam jak to będzie. Potrzebowałam rozmowy. Wiedziałam, że Dan jest w pracy, a Mia w szkole. Gdy doszłam do naszego osiedla, wbiegłam do domu Louisa. Stał pusty. Nie było go. Byłam taka głupia. Miał przecież próbę z chłopakami. Pobiegłam, więc do swojego pokoju i zaczęłam rzucać dosłownie wszystkim. Wyciągałam każdy ciuch z szafy i rzucałam nim o ścianę. Rozwaliłam łóżko. Wybiłam szybę w oknie. Rozbiłam też lustro w łazience.
Aż w końcu poczułam się bezsilna i osunęłam się po ścianie. Do oczu napłynęły mi łzy. Płakałam jak małe dziecko i chciałam się tak zwyczajnie się do kogoś przytulić. Gdy tak siedziałam, w pewnej chwili do pokoju wbiegł Lou.
- Jus - usiadł obok i mocno mnie objął. Wtuliłam się w jego tors. Moje nozdrza wypełnił zapach jego perfum i poczułam się bezpieczna. Wszystkie lęki uszły z mojego ciała i miałam ochotę go zwyczajnie pocałować. Złapałam jego twarz w dłonie i złączyłam nasze wargi. Trwaliśmy w długim i namiętnym pocałunku.
- Dzwoniła do mnie Clear. Rzuciłem wszytko i przyjechałem - szepnął. Złapałam jego dłoń i zaczęłam bawić się jego palcami - Ja już nie daje rady Jus - z jego oczu popłynęły łzy. Spojrzałam w jego lazurowe tęczówki - Ja po prostu nie potrafię dać ci odejść. Ja sobie nie poradzę tu sam. Jesteś powodem dla którego oddycham. Czemu to dzieje się tak szybko? Zabierz mnie ze sobą - wtulił się we mnie i płakał na moim ramieniu - Nie odchodź ode mnie.
- Jus.. - szepnął, a ja ponownie zatonęłam w jego oczach - Wyjdź za mnie.
- Co? - zdziwiłam się.
- Chcę żebyś została moją żoną - uklęknął przede mną i wyjął maleńkie pudełeczko.
- Louis mówisz serio?
- Oczywiście. Kocham cię i chcę cię poślubić - uśmiechnął się i wyjął pierścionek z pudełka.
- Tak! - krzyknęłam i rzuciłam się na niego - Tak, zostanę twoją żoną - pocałowałam go, a on włożył na mój palec pierścionek.
- Zostawię na razie wszystko. Zrobimy wielkie wesele.. - zaczął wymieniać, a ja mu przerwałam.
- Jak to zostawisz wszystko? Zespół? Muzykę? - dopytywałam.
- Tak.. Nie.. Nie wiem.. Chcę spędzić z tobą ten ostatni czas.
- Nie waż mi się użalać nad sobą Louis. Masz grać, koncertować, żyć! Rozumiesz! Masz czerpać przyjemność ze wszystkiego co robisz! Nie mów mi kurwa, ze to rzucisz! - krzyczałam na niego.
- Ale Jus.. Tego chciałaś. Prosiłaś bym był zawsze obok. Ja chcę być, zrozum - złapał mój policzek i mnie pocałował.
- Możemy to pogodzić. Zobaczysz. Już ja to załatwię. Nie zostawisz chłopaków, nie dopóki ja żyję - pocałowałam go tak namiętnie, że opadliśmy na moje zniszczone łóżko. Zaczęliśmy się śmiać. Chłopak złapał kosmyk moich włosów i zarzucił go za ucho.
- Wiesz co Jus? Z każdym dniem zakochuję się w tobie na nowo - powiedział, a ja spojrzałam w jego oczy.
- Kocham cię Lou - powiedziałam pewnie.
- Wszystko będzie dobrze - otarł moje łzy i mocno mnie przytulił.
_____________________________________________________________________
***
***
No moi kochani zbliżamy się pomału do końca :C
Smutno mi trochę, bo zżyłam się z tymi bohaterami.
Zostały mi jeszcze ze trzy, może cztery rozdziały. Mam nadzieje, że wytrwacie do końca :D
Czekam na wasze długie komentarze :*** <3
___________________________________________________________________________________________
Tak poza tym to myślę o nowej historii.
http://bravefanfiction.blogspot.com/ <== Tutaj macie link. Dodałam już krótki wstęp i dorzucam wam zwiastun! :D
Napiszcie mi co myślicie :-)
http://bravefanfiction.blogspot.com/ <== Tutaj macie link. Dodałam już krótki wstęp i dorzucam wam zwiastun! :D
Napiszcie mi co myślicie :-)
Pa :**